Mój trzeci półmaraton

Meta.

 

14 września odbyła się III edycja Półmaratonu Dwóch Mostów. Nie mogło mnie w niej zabraknąć.Wiązałem z tą imprezą duże nadzieje i przygotowywałem się sumiennie. Z racji problemów zdrowotnych odpuściłem start w Maratonie Warszawskim i bieg w Płocku był jedyną imprezą biegową w drugiej połowie roku, którą planowałem zaliczyć.

Dzięki Sebastianowi Dymkowi (Biegaj z Dymkiem) dostosowałem mój plan przygotowań z maratonu. Znalazło się w nim więcej krótkich przebieżek w tempie półmaratońskim, mniej długich wybiegań, a te które zostały, były krótsze.

Miałem problemy z motywacją, na wiele treningów wychodziłem jakbym robił to za karę. Jeśli jednak już udało mi się opuścić dom, dawałem z siebie 100%.

Cel jaki sobie założyłem, to życiówka poniżej 1:20 czyli musiałem ją poprawić o ponad 2 minuty i 30 sekund. Było to dosyć karkołomne zadanie ponieważ moje przygotowania nie były na zbyt wysokim poziomie, jak również sama trasa ze swoimi trudnymi podbiegami i zbiegami nie ułatwia wykręcania rewelacyjnych czasów.

Trzy miesiące treningów zleciały bardzo szybko i w słoneczny wrześniowy ranek stanąłem na starcie największego płockiego biegu. W poprzednich dwóch edycjach warunki do biegania były wymarzone. Tym razem los się od biegaczy odwrócił. W nocy padał deszcz, a chwilę przed startem wyszło słońce. W krótkim czasie zrobiło się bardzo duszno, parno i ciepło. Nigdy w takich warunkach nie startowałem więc wiedziałem, że zbiorę nowe doświadczenia.

Nie lubię się przepychać dlatego na pierwszych 300 metrach trochę odpuściłem dając się wyprzedzić wielu biegaczom.  Przyblokowali mnie także trochę Pan Prezydent Miasta Płocka i Dyrektor MZOS-u. Nie miało to jednak wpływu na moje późniejsze poczynania.

Początek jak zawsze upłynął w mgnieniu oka. W okolicach 8 km wiedziałem już, że nie jestem przygotowany do łamania 80 minut w tych warunkach. Jednak najgorsze było uczucie, że zacząłem zbyt szybko i może mi nie starczyć sił. Rozpocząłem rozważania co zrobić, biec ile się da ryzykując, że zanim osiągnę metę złapie mnie kryzys i przejdę do marszobiegu, czy zwolnić, ale i nie myśleć już o rezultacie końcowym, który się ode mnie oddalał. Wybrałem to pierwsze rozwiązanie.

Na około 10 km dopingowały mnie mamą ze swoją siostrą. Zdążyłem im tylko powiedzieć, że zacząłem zbyt szybko, jednak zajęte motywowaniem mnie, nawet tego nie usłyszały.

Od 12 km zaczęła się droga przez mękę. Rozpocząłem drugą pętle półmaratonu. Wbiegając pod „starym” mostem na wal przeciwpowodziowy, zderzyłem się z wiatrem, który prawie mnie zatrzymał. Przez kolejne 2500 metrów wiało w twarz i wyciągało ze mnie bezcenną energię. Było bardzo ciężko, nie wiem czy nie więcej sił niż sam bieg, kosztowała mnie rozmowa z samym sobą i nakłanianie do walki.

Na 300 metrów przed metą przy trasie stał mój znajomy, który ze względu na problemy zdrowotne, nie mógł pobiec. Wiedział na jakie wynik biegnę i spytał o czas. Nawet w sytuacji gdy nogi plątały się pode mną i świadomość gdzieś błądziła, wydobyłem z siebie parę niezgrabnych dźwięków, informując go, że nie mam szans na swój rekord.

„Piątka” z Sebastianem. Ledwo trzymałem się na nogach.

 

Przed samą metą między barierkami kręcił się wspomniany wyżej Sebastian Dymek. Tego dnia był spikerem, który „zabawiał” publiczność w pobliżu mety. W tym miejscu chciałem serdecznie podziękować Sebastianowi za ciepłe słowa, które mi poświęcił gdy finiszowałem. Oczywiście ich nie słyszałem, a zrelacjonowali mi je moi bliscy, którzy dotarli na Starówkę. Jako, że dobrze się z Sebastianem znamy, chciał on pogratulować mi dobrego wyniku przybijając „piątkę” kilkadziesiąt metrów przed metą. Gdyby wiedział w jakim jestem stanie (widocznie nie było tego na zewnątrz widać), na pewno by tego nie zrobił. Trafienie w jego dłoń było jedną z najcięższych fizycznie rzeczy jakie zrobiłem w życiu. Chwilę później, tuż po skończeniu biegu leżałem na kostce brukowej jęcząc i łapiąc powietrze.

Królewscy na mecie.

Po 5 minutach doszedłem do siebie i spędziłem czas z rodziną (pierwszy raz udało się dotrzeć mojej Izie na czas z czego bardzo się cieszyłem :), trenerami i zawodniczkami z klubu.

Wygrałem kategorię M-30.

Cele osiągnąłem połowicznie. Nowy wynik życiowy cieszy, jednak założonego czasu nie dałem rady osiągnąć. 1:21:45 to wszystko, na co tego dnia było mnie stać. Nie czułem goryczy porażki i rozczarowania. Gdy spojrzałem na swoje miejsce (12), a także na wyniki innych, dużo bardziej doświadczonych ode mnie zawodników, byłem usatysfakcjonowany pracą jaką wykonałem. A gdy na ceremonii wręczania nagród okazało się, że zdobyłem I miejsce w kategorii M-30, pozostała tylko radość.

Dodaj komentarz