Na wegetarianizm czas przejść

By Unknown photographer [Public domain], via Wikimedia Commons

Od kilku miesięcy nie jadam wędlin. Od czterech tygodni wyeliminowałem wszelkie mięso ze swojego jadłospisu. Jeśli jesteście ciekawi dlaczego to zrobiłem i jak mi z tym, zapraszam do przeczytania całego wpisu.

Wszyscy chcemy być szczupli i smukli, mieć sylwetkę z widocznie zarysowanym każdym mięśniem, ubierać się w modne i dopasowane ubrania. Używamy najnowszych, wspaniałych kosmetyków, zażywamy cudowne lekarstwa, które na drugi dzień stawiają nas na nogi, chodzimy do siłowni i korzystamy z wymyślnych maszyn, które mają przyspieszyć dojście do zadowalających nas efektów. Jednak czy zastanawiamy się nad tym co jemy? Czy ma to dla nas jakieś znaczenie? Chyba nie bardzo, patrząc na półki w sklepach, pełne przemysłowo przetworzonej żywności, a także widząc coraz więcej osób mających nadwagę bądź cierpiących z powodu otyłości.

Jednym z katalizatorów, który pchnął mnie do zmiany sposobu odżywiania było bieganie. Jeśli śledzicie mojego bloga wiecie, że wciągnęło mnie ono na dobre. Mam za sobą jeden półmaraton i jeden maraton, a do końca tego roku czekają mnie jeszcze dwa. Zawsze jeśli za coś się biorę staram się to robić dobrze. Stąd zacząłem szukać wszelkich informacji związanych z amatorskim uprawianiem tej dyscypliny sportu. Do moich rąk jako prezent trafiła książka „Jedz i biegaj. Scott Jurek”. Opisuje ona dzieciństwo, a także wiele startów w zawodach człowieka uważanego za najlepszego ultramaratończyka na świecie(ultramaratończyk to osoba biegając na dystansach dłuższych od maratonu; czasami bywa to nawet ponad 200 km). Z racji tego, że podczas tak długiego dystansu jedną z kluczowych kwestii jest odżywianie, autor poświęca mu długie fragmenty. Dodatkowo każdy rozdział kończy przepis na smaczne, bezmięsne danie. Fenomen Scotta polega na tym, że jest on weganinem(weganin to osoba niejedząca mięsa, a także żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego czyli: mleka, jajek, masła, serów itd.). Bardzo mnie to zainteresowało i popchnęło do mniej „radykalnej” odmiany weganizmu jaką jest wegetarianizm.

Wydaje mi się, że oprócz biegania, czynnikiem który „wymusił”  stosowanie nowej diety było wychowanie rodziców. Przez całe swoje życie jadłem owoce i warzywa z własnego ogródka, uprawiane przez członków mojej rodziny. Mama i Tata pozwalali mi jeść chipsy, pizzę, pić napoje gazowane, jednak sami ich nie dotykali dając mi podświadomy przekaz, że oni tego nie pochwalają. Było to bardzo mądre z ich strony, gdyż dorastając sam doszedłem do tego co oni chcieli mi przekazać nie wprost. Bardzo im za to dziękuję.

Jestem trenerem. Odpowiadam za dzieci 7-8 letnie. Chcę wyszkolić ich na jak najlepszych piłkarzy. Wiadomo, że obecnie każdy czynnik w treningu sportowym ma znaczenie. Gdy któryś zaniedbamy, może być on przyczyna porażki. Odpowiednia dieta to standard w najlepszych europejskich akademiach piłkarskich. Skoro wzorujemy się na nich, nie możemy zaniedbać aspektu odżywiania. Wspomniana wyżej odpowiedzialność spowodowała, że zacząłem od siebie aby dzieciaki miały dobry przykład(nie chodzi mi w tym momencie o mięso, a o kolorowe, przesłodzone, przetworzone produkty).

Nie mam jakiś namacalnych dowodów na to co napiszę za chwilę, ale szukając w internecie możemy natrafić na dosyć ciekawe informacje dotyczące mięsa sprzedawanego w naszych sklepach. Nie wiem do końca czy są one rzetelne, sprawdzone i zgodne z prawdą, ale akurat do mnie przemawiają i wywołują refleksję. Zwierzęta, których „części” kupujemy aby przekształcić w pyszne potrawy, faszerowane są antybiotykami, żeby nie chorowały. Niektórym podawane są sterydy, aby jak najszybciej osiągnęły określoną wielkość w celu sprzedaży. Nie będę opisywać jaki wpływ na nasz organizm ma podawanie tych specyfików. Dla mnie jest to dostateczny dowód na to, że gdy jemy takie mięso, substancje te w mniejszym bądź większym stopniu dostają się do naszego ustroju. Gdyby ktoś chciał nam bezpośrednio je podać, pewnie większość z nas ostro by zaprotestowała. Gdy podawane są w jedzeniu, niewiele osób się tym przejmuje…

Żeby nie opierać się tylko na danych z sieci, zrobiłem pewien eksperyment. Pewnego razu stojąc w kolejce po żółty ser(który też w końcu „odstawiłem”), przeczytałem etykiety wędlin zawierające ich skład. W tych lepszych znajduje się 50-60% mięsa. A reszta? Zostawiam, to jako zadanie dla Was, sami zobaczcie co w tych 40-50% „siedzi”. Ja sprawdziłem i przekonało mnie to ostatecznie, że mój wybór sprzed kilku miesięcy był jak najbardziej słuszny.

Wszyscy wokół gdy dowiadują się, że nie jem mięsa reagują podobnie. Najczęściej wypowiadają mniej więcej takie słowa: „Chyba bym umarł, gdybym nie jadł mięsa”. Moi drodzy, uwierzcie mi, nikomu z Was nic by się nie stało. Wiem z doświadczenia, że człowiek jeśli bardzo chce, jest w stanie się poświęcić, wiele wyrzec i przyzwyczaić do poważniejszych rzeczy niż wegetarianizm.

Po odstawieniu mięsa czuję się bardzo dobrze, a jestem człowiekiem bardzo aktywnym fizycznie. Zupełnie nie korci mnie, żeby je spożywać. Mój organizm daje sobie radę bez niego. Wiele przepysznych przepisów możemy znaleźć w internecie i z nich korzystać. Wystarczy wybrać 10-15 z nich i obiad może powtórzyć się nam co dwa miesiące. Nie ma mowy, żeby nam się coś znudziło bądź przejadło. Cieszę się jeszcze z jednego powodu. Moje argumenty trafiły do mojej żony i teraz wspólnie „jedziemy na tym samym wózku”. Zrobione przez Izę potrawy smakują, pachną wyśmienicie i tak samo wyglądają.

Oczywiście zmiana sposobu mojego odżywiania nie kończy się na odrzuceniu jedzenia zwierząt. Zwracam dużą uwagę na wszystkie produkty spożywcze, które kupuję. Szukam takich, które są jak najmniej przetworzone. Im krótsza lista składników na etykiecie, tym lepiej. Woda o smaku cytrynowym? Wolę kupić wodę i wycisnąć cytrynę. Gotowe ciasto? Preferuję pojedyncze składniki i Iza zrobi z nich przepyszne cudo. Piękne opakowania i kolory słodyczy kuszą, ale da się bez nich przeżyć. Szczególnie, że możemy je zastąpić np. świeżymi owocami. Nie musimy wybierać się do specjalistycznych sklepów. Jeśli tylko dobrze poszukamy, znajdziemy „zamienniki” w miejscu, w którym robimy zakupy na co dzień.

I na koniec koszty. Być może jako rodzina wydajemy więcej na jedzenie(chociaż tak naprawdę tego nie policzyliśmy). Jeśli tak jest, nie jest to wielki problem, bo odbieram to jako moją inwestycję w siebie, dodatkowe ubezpieczenie. Dzięki zdrowiu, energii, pogodzie ducha będę mógł lepiej skoncentrować się na rzeczach, którymi się w życiu zajmuję i które dają mi dochód.

Jedzcie smacznie i zdrowo, bo da się to zrobić! 🙂

Dodaj komentarz