Trener przeklina! Patologia! Na pewno?

woman-hand-shows-middle-finger-picjumbo-com.jpg
Dzisiaj tekst trudny i kontrowersyjny. Pewnie niektórzy z Was myślą „o czym tu w ogóle dyskutować”. Nie byłbym jednak sobą, gdybym się z tematem nie „rozprawił”.
Dwa dni temu napisałem post na Facebooku.
 

W weekend byliśmy na turnieju w Mrągowie. Formuła każdy z każdym 10 drużyn, kategoria U12. Gramy przedostatni mecz, wygrana daje nam bardzo duże szanse na zwycięstwo w całej imprezie.

W około 18 minucie meczu (graliśmy po 25) przegrywamy 0-1. Wołam jednego z zawodników i mówię: „teraz nie jest czas na dąsanie się, marudzenie czy pretensje. Teraz trzeba zapier….lać. Rozumiesz? ” Gracz kiwnął głową, że „tak”. Wygraliśmy to spotkanie 2-1. Cały turniej również skończyliśmy na pierwszym miejscu.

Co Wy o tym myślicie?

Celowo umieściłem w nim bardzo mało informacji na temat tła całej opisywanej sytuacji, aby zobaczyć reakcje czytających. Liczyłem się z tym, że wyleje się na moją głowę wiadro pomyj i w sumie jestem zaskoczony, że było ich tak mało. Oprócz „Janusza Wójcika piłki młodzieżowej”, „patologia” i tego, że to ja powinienem „zapier…lać za autobusem” nic więcej mi w pamięć trwale nie zapadło. 😉 Pozostałe informacje zwrotne wobec mojego zachowania były nienacechowane emocjami lub popierane argumentami. Fajnie było także przeczytać komentarze, w których osoby wyrażały zrozumienie dla zaistniałej sytuacji.

Mecze, w których brakuje drużynie energii uważam za najtrudniejsze dla mnie jako trenera. Często jest mi bardzo ciężko ten stan zmienić. Gracze kończą takie spotkania rozczarowani, niezadowoleni, zdezorientowani, a ja zły, że nie potrafiłem im pomóc. W ostatni weekend byliśmy w bardzo podobnej sytuacji. Stracony gol po błędzie indywidualnym, mało aktywności, proste nogi, strach przed „wołaniem” o piłkę, niewykorzystane okazje powodujące narastającą frustrację, obawy o błąd blisko swojej bramki podczas wyprowadzania piłki. Mobilizowałem, zachęcałem, klaskałem (żeby przesłać energię), robiłem zmiany. Nic nie pomagało. Musiałem zrobić coś, aby wywołać szok, wybić dzieciaki z marazmu i strachu.

Pewnie się zastanawiacie dlaczego tak bardzo chciałem to zrobić? Przecież mogłem pozwolić dzieciakom dokończyć mecz w takim stanie w jakim byli. Tyle że zawodnicy jak i ja chcieliśmy wygrać ten turniej. Tak po prostu jak sportowiec, bardzo nam na tym zależało. W ciągu dwóch dni, w siedmiu meczach zostawialiśmy na boisku serducho, graliśmy w sposób w jaki trenujemy i miejsce, w którym się znaleźliśmy było tego wypadkową (6 wygranych i 1 remis). Nie doszliśmy tam najprostszymi środkami i za wszelką cenę (potwierdzeniem niech będzie fakt, że na ten decydujący mecz wystawiłem na pozycji nr 2 od początku dziewczynkę o rok młodszą, która rozegrała ponad połowę spotkania). Nie chciałem, żeby nasza praca poszła na marne. Być może przesadzam używając takiego określenia, ponieważ z przegranych można również wyciągnąć wiele wartościowych wniosków. Natomiast uważam, że zwyciężanie też jest istotne, dawno nie wygraliśmy turnieju i takiej okazji nie chcieliśmy wypuścić z rąk. Tym bardziej, że po pietach deptała nam całkiem solidnie grająca drużyna.

Na co dzień jestem spokojnym, opanowanym człowiekiem. Bardzo rzadko przeklinam i nie jest to maska zakładana przed dziećmi. Bez potrzeby nie używam przekleństw bez względu z kim rozmawiam. Natomiast gdy byłem w wieku moich zawodników biegając po podwórku kląłem jak szewc. Z tego też powodu nie uprawiam hipokryzji (świat jest piękny, dobry, sprawiedliwy), nie gram „świętoszka”, nie udaję, że nie ma w języku polskim „kurew”, nie robię afery i tematu tabu, gdy usłyszę przekleństwo z ust moich podopiecznych. Doskonale zdaję sobie sprawę, że wypowiadają oni brzydkie słowa, gdy nikt z nas dorosłych nie słyszy i dzieje się to częściej niż nam wszystkim się wydaje. Oczywiście reaguję, ale w sposób niestandardowy, który ma im dać do myślenia. Wnioski mają wyciągnąć sami, bo w tym wieku są już do tego zdolni.

Mimo że opisywana sytuacja dotyczyła jednego zawodnika, po meczu opowiedziałem o niej wszystkim graczom. Nie musiałem tego robić, ale uznałem za konieczne ponieważ doszłoby to do nich przez mojego zawodnika. Jego interpretacja mogłaby zostać zupełnie inaczej zrozumiana niż mój zamiar. Dokładnie powtórzyłem więc co powiedziałem, jednak dodałem do tego wyjaśnienie dlaczego tak postąpiłem. Przekazałem im, że:

  1. Chciałem wywołać reakcję „szokową”. Skoro zawodnik zna mnie z opanowania, spokoju więc przekleństwem chciałem go zaskoczyć czymś niestandardowym, czymś co spowoduje, że przez chwilę oderwie myślenie od meczu.
  2. Dla mnie przekleństwa niosą ze sobą energię. Brakowało jej na boisku więc w taki sposób postanowiłem ją przekazać zawodnikowi. Tym bardziej, że inne sposoby nie przynosiły pozytywnej zmiany.
  3. Pewne życiowe sytuacje wymagają podkreślenia i przekleństwo dobrze się do tego nadaje.

Formę i słowa dobrałem odpowiednio do ich wieku. Z ww. względów na drugi dzień rozmawiałem o tej sytuacji z mamą zawodnika, wyjaśniłem dlaczego tak postąpiłem itd.. Zostałem zrozumiany, nie było do mnie jakichkolwiek pretensji.

Czy zachęcam do przeklinania? Nie. Czy popieram przeklinanie? Nie. Czy namawiam do uczenia przekleństw dzieci? Nie (choć doskonale wiem, że rodzice używają brzydkich słów przy dzieciach i samoistnie je ich uczą). Tak jak wszystko, tak i przekleństwa mają dualistyczną naturę. Nie są tylko dobre, ani tylko złe. I uważam, że jeśli używamy ich świadomie i w sposób kontrolowany, to możemy w pewnych, rzadkich sytuacjach je wykorzystać. Przez 8 lat bycia trenerem podczas zdarzyło mi się to 4 raz.

Jeśli po przeczytaniu tego artykułu zmieniłeś pogląd na ten trudny temat, to cieszę się. Natomiast jeśli moje argumenty do Ciebie nie przemówiły, nie mam z tym żadnego problemu. Fajnie, że masz swoje zdaniem. Jeśli chcesz coś dodać – napisz komentarz.

PS Mimo że umieściłem mój post z premedytacją i wiedziałem, że pojawi się krytyka czy nawet hejt, to bardzo ciekawym doświadczeniem było obserwowanie mojego ego, które szamotało się, gdy czytałem komentarze. Czułem się wtedy bardzo niekomfortowo. Finalnie jednak potrafiłem je okiełznać z czego bardzo się cieszę. To było dobre ćwiczenie.

Przeczytaj inne moje teksty:

Rozumienie gry w piłce nożnej

Rodzic kontra trener. Bitwa wszech czasów.

Komunikacja – konkret czy bicie piany? 17 zbędnych odzywek

Wynikowiec czy szkoleniowiec? 4 wersje tej samej drużyny

Najtrudniejszy zawód świata?

Podziel się z innymi

Dodaj komentarz