Zderzenie ze ścianą

Start. Fotorelacja z Orlen Warsaw Marathon. Fot. S. Wolny

Dzień 21 kwietnia 2013 na długo zapisze się w mojej pamięci. Pierwszy raz w życiu pobiegłem na królewskim dystansie 42 km 195 m w Orlen Warsaw Marathon.

W tym tekście opiszę moje odczucia i wrażenia dotyczące startu. W innych postaram się przybliżyć moje przygotowania oraz błędy jakie popełniłem m.in. na trasie.

Biegam rekreacyjnie od kilkunastu lat, przeważnie 1-2 razy w tygodniu po około 10 km. Nie jest to więc zawrotny kilometraż i nie darzę biegania jakąś nadzwyczajną miłością. W takim wymiarze jak napisałem powyżej sprawia mi po prostu przyjemność. Jest to uzupełnienie mojego aktywnego trybu życia, na który składa się: piłka nożna, pływalnie, jazda na rowerze, frisbee. We wrześniu ubiegłego roku nadarzyła się okazja udziału w półmaratonie Dwóch Mostów w mieście, w którym mieszkam. Grzechem było z niej nie skorzystać. Odezwał się także wewnętrzny głos, który namawiał do zmierzenia się z dystansem jakiego nigdy nie przebiegłem. Bez wielkich przygotowań zrobiłem to w 1:29:15, zajmując 15 miejsce w klasyfikacji generalnej na 500 startujących. Bardzo spodobała mi się atmosfera biegowego święta, do tego doszła malownicza trasa i połknąłem bakcyla.

Po Dwóch Mostach zaczął rodzić się w mojej głowie pomysł na maraton. Skoro połowę dałem radę, to dlaczego nie sprawdzić się na dystansie 2 razy dłuższym. Wtedy dowiedziałem się o Orlen Warsaw Marathon. Zacząłem biegać więcej i biłem się z myślami czy wysłać zgłoszenie. W końcu podjąłem decyzję, opłaciłem startowe i zacząłem przygotowania. Cel, jak zwykle jeśli o mnie chodzi, postawiłem sobie bardzo ambitny. Około 3% zawodników startujących w maratonie, łamie barierę 3 godzin. Uznałem, że chciałbym być w tej grupie podczas swojego pierwszego tak długiego biegu. Czas z „połówki” dawał mi pewne nadzieje, że przy odpowiednim treningu, uda mi się założenia osiągnąć. Później uznałem, że stać mnie na więcej i wyznaczyłem sobie 2:55:00, co jak się okazało było dużym błędem. W internecie znalazłem program treningowy przygotowany specjalnie pod OWM i dostosowałem go do siebie. Przygotowywałem się w dosyć trudnych warunkach. Ostatnia zima dała nam się we znaki i często jedynym miejscem, gdzie mogłem zrobić w miarę normalny trening, była tartanowa, 150-metrowa bieżnia niedaleko mojego domu, którą zanim rozpocząłem bieganie, musiałem odśnieżyć łopatą. Mówię Wam- niezła rozgrzewka. Uwierzcie mi, nie jest to wcale takie łatwe, odkopać w 30 cm śniegu prosty tor i wyprofilowane łuki, po których da się w miarę swobodnie poruszać. Od biegania 20 km w kółko kilka razy w tygodniu, pojawiły się problemy z prawą stopą. Było źle do tego stopnia, że ledwo mogłem chodzić. Przeciążenie, ogromny ból, 4-tygodniowa przerwa w treningu i obawy czy uda mi się przygotować pod założenia czasowe.

Cztery miesiące minęły bardzo szybko i 20 kwietnia pojawiłem się w Warszawie aby odebrać swój pakiet startowy, który zawierał m.in numer 4481. Gdzieś w internecie  przeczytałem, że miałem być jednym z około 6000 biegaczy, którzy zmierzą się z maratońskim dystansem. Nie mam doświadczenia z innymi biegami i ich organizacją, ale wszystko tego dnia było ok. Znalazłem odpowiedni namiot, nie stałem w kolejce i dostałem wszystkie potrzebne informacje. Miałem pojawić się na pasta party na Stadionie Narodowym, ale wybrałem spędzenie czasu i fajną, wartościową rozmowę z kolegą ze studiów, którego parę lat nie widziałem(Grzegorz, pozdrawiam jeśli to czytasz 🙂 ). Był to bardzo dobry pomysł, który odciągnął moje myśli o starcie na parę ładnych godzin. Później była makaronowa kolacja, uzupełnianie płynów, kąpiel i spanie.

Obudziłem się o 6.30. Sześć godzin snu, mogło być lepiej. Zimny prysznic, śniadanie złożone z 3 kromek chleba z masłem i miodem, połowy banana i herbaty. Nerwy trzymałem na wodzy, chciałem już pobiec i czułem się mocny. Potrzebne rzeczy miałem przyszykowane dzień wcześniej więc nie było nerwowych poszukiwań. W chłodny, słoneczny poranek, z odpowiednim zapasem czasu wyszedłem na autobus. W „czerwoniaku” spotkałem tylko jednego uczestnika biegu. Udało się usiąść i oglądając widoki za oknem, uzupełniać płyny.

Na miejsce dotarłem bez przygód, zgodnie z czasem. Miasteczko biegaczy zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Mnóstwo miejsca, dobrze pilnowane(tydzień wcześniej odbyły się zamachy podczas maratonu w Bostonie), szatnie i depozyty blisko siebie, pełno ubikacji i łazienek. Przebrałem się, oddałem rzeczy do depozytu i wyruszyłem na rozgrzewkę. Spotkałem siostrę mojej żony, która była wolontariuszką oraz kolegę. Byłem mocno skoncentrowany i organizm po rozgrzewce funkcjonował bardzo dobrze.

Orlen Warsaw Marathon-1 2013

35 km. Podnoszę się po „ścianie”. Tutaj byłem już bardzo zmęczony.

Wyruszyliśmy o godzinie 9.30 mając pogodę, jak to ktoś powiedział, na bicie rekordu świata. Nie przypuszczałem, że za godzinę i czterdzieści minut będę przeżywał najcięższe chwilę w swoim życiu. „Połówkę” przebiegłem w czasie około 1:28:30. Super! Mój bieg do 25-26 km przebiegał bez żadnych zakłóceń, tempo na osiągnięcie celu, tętno ustabilizowane na poziomie parę uderzeń mniejszym niż założone, pełen komfort. Jednak około 22 km zacząłem odczuwać lekkie zmęczenie w nogach. Bardzo często w internecie czytałem o „ścianie” podczas maratonu i w tej chwili wszystkie te teksty stanęły mi przed oczami. Na 28 km każde przebiegnięte 10 metrów sprawiało mi wielki kłopot i tylko jakaś ostatnia racjonalna myśl wymusiła we mnie bym przeszedł do marszu. Gdybym tego nie zrobił, straciłbym przytomność. Zataczając się, z zamkniętymi oczami szedłem, pozwalając organizmowi żeby się trochę uspokoił. Nazywając rzeczy po imieniu, uderzyłem głową w ścianę. Kibice mówili żebym się nie poddawał, nie zrobiłem tego, nie zatrzymałem się, ale musiałem odpocząć idąc. Od tej chwili mój bieg był walką o przetrwanie i zaliczenie mety. Funkcjonowałem od jednego punktu żywieniowego do drugiego. Przed zawodami podjąłem decyzję, że na trasie będę tylko pił, niczego nie będę jadł. Kiedy maszerowałem i wiedziałem, że nie osiągnę tego co sobie założyłem, organizm zaczął domagać się kalorii. Czekałem więc na te „bufety”, na których były banany i czekolada(występowały co 5 km). Zdarzyło się nawet tak, że gdy wziąłem tej drugiej za mało, zbierałem z ulicy kostki wyrzucone przez szybszych biegaczy. Gdy się schyliłem, nogi ugięły się pode mną i ostatkiem sił udało mi się je wyprostować. Nawet nie chcę myśleć co by było, gdybym nie dał rady. Kto tego nie przeżył, nie uwierzy. Moje męki trwały przez około 8 km. Osiem razy przechodziłem do marszu żeby zebrać się i spróbować pobiec. Wiele razy pojawiały się myśli, że nie dam rady, na szczęście przezwyciężyłem je. Na 36 km, biegnąc średnim tempem, zaczął wyprzedzać mnie Pan, na oko około 50tki. Tego było za wiele. Zmobilizował mnie na tyle, że już nie maszerowałem. Długimi momentami biegłem nawet tempem na złamanie 3 godzin. Skąd ja wziąłem na to siły… nie mam pojęcia. Na ostatnich 2 km udało mi się wyprzedzić 16tu zawodników i wpaść na metę po 3:11:07(czas netto 3:10:10) jako 294ty.

P1090234

Nagroda za ukończenie maratonu.

Jak na to, co przeżywałem na trasie, wiele minut marszu, to jest to dosyć dobry wynik. Nie jestem jednak z siebie zadowolony. Wiedziałem na 100%, że dystans uda mi się pokonać i samo przebiegnięcie nie było dla mnie żadnym wyzwaniem. Interesował mnie konkretny czas, którego niestety nie udało się osiągnąć.

Później odpoczywałem siedząc i rozmawiając ze znajomą wolontariuszką, wykąpałem się, napoiłem i wróciłem do domu komunikacją miejską. Po posiłku, tego samego dnia wsiadłem w auto i wróciłem do Płocka, zabierając po drodze kolegę Kamila, który kończył tygodniowy pobyt na stażu w Polonii Warszawa. Dzięki niemu zmęczenie odeszło, a podróż zleciała szybko.

Przez 2 dni miałem awersję do biegania. Ból w udach nie pozwalał normalnie schodzić po schodach. Musiałem robić to tyłem. Byłem na siebie zły, że tyle przygotowań poszło na marne. Dopiero później wróciło „odpowiednie” myślenie. Nic się nie zmarnowało. Dzięki błędom jestem mądrzejszy, mogę wyciągnąć wnioski i się poprawić. Muszę jeszcze mocniej pracować żeby osiągnąć sukces. Żar więc cały czas tli się gdzieś w środku i mówi mi, że nie przestanę biegać dopóki nie złamię 3 godzin. Następna szansa we wrześniu podczas Maratonu Warszawskiego. Przed chwilą się zarejestrowałem! 🙂

PS Chcę bardzo gorąco podziękować mojej Izie, za jej wyrozumiałość i poświęcenie ponieważ moje przygotowania odbywały się często jej kosztem. Życzę każdemu biegaczowi takiej partnerki. 🙂

4 myśli nt. „Zderzenie ze ścianą

  1. Pingback: Po Półmaratonie Dwóch Mostów | Trenera okiem

Dodaj komentarz