Maraton Warszawski- moja druga szansa

Trzy i pół miesiąca po moim występie w Maratonie Warszawskim postanowiłem zdać Wam z niego relację. W przygotowaniach starałem się wyciągnąć jak najwięcej wniosków z błędów popełnionych przed moim pierwszym królewskich dystansem w życiu, o których mogliście przeczytać tutaj. Żeby nie było tak wspaniale, popełniłem nowe, które mogły mieć spory wpływ na nieosiągnięcie zakładanego przeze mnie rezultatu(przypominając- złamanie 3 godzin).
W Warszawie pojawiłem się jak zwykle dzień wcześniej. Cieszę się, że mam sporo życzliwej rodziny w stolicy, która zawsze poratuje noclegiem początkującego maratończyka 🙂 Zdążyłem wejść do domu, zostawić bagaże i chwilę później biegłem na autobus komunikacji miejskiej, który dowiózł mnie wprost pod Stadion Narodowy gdzie ulokowane były biura zawodów. Pierwszy raz miałem okazję być w środku tego obiektu i zrobił on na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Rejestracja i odbiór pakietu startowego przebiegły sprawnie i bez problemów. Było sporo stoisk m.in. ze sprzętem sportowym jednak jakoś specjalnie mnie one nie interesowały. Nie lubię kupować niczego w pośpiechu albo tracić czasu na oglądanie rzeczy, które są mi w tym momencie zbędne. Posiedziałem chwilę na trybunie stadionu i udałem się w drogę powrotną. Wieczorem przygotowałem sobie wszystkie rzeczy potrzebne w dniu następnym, zjadłem „węglowodanową” kolację, pooglądałem telewizję i poszedłem spać.
Pobudka godzina 6:30. Chłodny prysznic, śniadanie składające się z 3 kromek jasnego pieczywa z miodem, banana, wody niegazowanej i mogłem udać się w podróż na zawody. Tym razem wybrałem SKM-kę, która bardzo sprawnie dowiozła mnie w pobliże Stadionu Narodowego. Na stacji poznałem dwójkę biegaczy, dzięki którym oczekiwanie na sam pociąg jak i droga upłynęły bardzo szybko. Rozmowa odciągnęła na chwile myśli od startu, choć nie denerwowałem się jakoś specjalnie. Fajnym pomysłem jest darmowa przejazdy komunikacją miejską w dniu maratonu dla wszystkich startujących.

Jeśli chodzi o depozyty, przebieralnie, prysznice, ubikacje nie mogę się do niczego przyczepić. Wszystko było świetnie zorganizowane. Jedyne zastrzeżenia można mięć do jednokierunkowych dróg poruszania się w podziemiach jak i częściowo wokół stadionu. Nie było możliwości powrotu co wiązało się z nadrabianiem drogi. Nie myślcie sobie, że jestem leniwy i nie chce mi się chodzić. Przed biegiem nie wydawało się mi to żadnym problemem. Jednak po, mając ogromne problemy z chodzeniem przejście każdych 10 metrów wiązało się z wielkim wysiłkiem i bólem. Tutaj organizatorzy mogliby bardziej się postarać. Na pewno da się to zrobić lepiej.

Gdy zaczynałem rozgrzewkę temperatura oscylowała w okolicach 7-8 stopni Celsjusza. Było naprawdę chłodno więc wydłużyłem ją maksymalnie. Aby nie stracić ciepła wróciłem zostawić rzeczy do depozytu w ostatniej chwili i na starcie pojawiłem się na 3 minuty przed wystrzałem pistoletu. Na szczęście w mojej strefie nie było dużego tłoku, udało mi się ustawić niedaleko elity i spokojnie wystartowałem.

Czytając forum bieganie.pl wiedziałem, że podczas MW będzie prowadzony pewnego rodzaju „eksperyment”. Chodziło o „negative split” czyli przebiegnięcie drugiej części dystansu szybciej niż pierwszej. Na wybrane wyniki mieli prowadzić peacemakerzy. Dosyć szybko udało mi się odszukać tego na 3:00:00. Byłem bardzo ciekawy tej strategii i chciałem jej spróbować.

Do połowy dystansu bieg bez historii, trzymanie tempa(czasami było ono rwane, co nie ułatwiało biegu). Po 21 km ku mojemu zdziwieniu zacząłem odczuwać delikatne mrowienie w nogach. Czyżby pierwsze oznaki zmęczenia i powtórka z Orlen Warsaw Marathon? Zacisnąłem jednak zęby i zacząłem sobie tłumaczyć, że to jest bieg na „życiówkę” więc łatwiej nie będzie, a nawet czekają mnie bardzo ciężkie chwile. Jak się później okazało nie pomyliłem się. Połówka w 1:31:59 czyli zgodnie z planem(i dużo wolniej niż podczas Orlen Warsaw Marathon). Nie pamiętam dokładnie, na którym kilometrze pecamaker zaczął się ode mnie oddalać. Od 36 km zacząłem przeżywać straszny kryzys. Chwilę wcześnie dogoniłem znajomego z Płock, z którym biegłem do 40 km. Gdy klepnąłem go w ramie na powitanie, byłem już bardzo wyczerpany. W mojej głowie odbywała się straszliwa walka. Mając w pamięci mój pierwszy maraton, powiedziałem sobie, że za nic w świecie nie przejdę do marszu. 100 razy chciałem to zrobić i tyle samo razy udało mi się to przezwyciężyć. Na ostatnich 4 km trasy straciłem szanse na osiągnięcie mojego celu. Każdy przebiegnięty metr sprawiał mi bardzo duży problem. Na stadion wbiegłem zamroczony. Pamiętam jak przez mgłę tłum ludzi przy barierkach i spikera, który głośno komentował. Metę przekroczyłem po 3:02:16(3:02:01 netto) jako 226 w kategorii Open. Doszedłem do barierki i oparłem się o nią. Gdy biegłem to organizm był w pewnym rytmie, a gdy się zatrzymałem świat zaczynał mi odlatywać. Osunąłem się więc powoli na podłogę i leżałem bez świadomości. Ocknąłem się gdy zjawiły się przy mnie służby medyczne. Przenieśli mnie na nosze i odjechałem do namiotu. Spędziłem w nim na leżance 20 minut przykryty kocem. Pobyt tam wspominam bardzo miło. Gdy odzyskałem świadomość i zrobiło mi się cieplej, personel zaczął donosić mi napoje izotoniczne. Wyszedłem stamtąd już o własnych siłach odziany w koc termiczny i udałem się do depozytu. Później było jedzenie, picie, prysznic i powrót do domu.
Kolejny ciężki bieg za mną. Było bardzo blisko założonego czasu jednak nie udało mi się go osiągnąć. Na trasie dałem z siebie wszystko więc nie mam sobie nic do zarzucenia. Byłem po prostu nieprzygotowany na taki wynik. Walcząc ze swoją psychiką doprowadziłem się do skrajnego wyczerpania. Jestem zadowolony, że udało mi się pobiec drugą połowę szybciej niż pierwszą(1:31:59/1:30:17). Poprawiłem także mój poprzedni wynik o blisko 9 minut. Dla mnie jest to jeszcze bardziej wartościowe, bo dokonałem tego po przejściu na wegetarianizm. Mam następny dowód, że mięso w moim życiu nie jest niezbędne. Kolejną okazją do walki z czasem będzie II edycja Orlen Warsaw Marathon, na którą się wybieram.

Dodaj komentarz