Biegowe bizancjum po raz drugi

Choć minęło już bardzo dużo czasu, muszę wrócić parę miesięcy wstecz, kiedy to wydarzyło się coś ważnego w mojej krótkiej karierze biegacza amatora. Zapraszam do dalszego czytania, cóż to takiego było.

Jeśli przeglądaliście relacje z moich poprzednich dwóch maratonów ( OWM2013 i MW2013), wiecie już, że zawsze dawałem z siebie wszystko i za każdym razem wpadałem wycieńczony na metę. Trzecią próbę „złamania” trzech godzin na królewskim dystansie podjąłem w kwietniu tego roku, podczas drugiej edycji Orlen Warsaw Marathon. Gdy dowiedziałem się, że trasa została zmieniona (miało być płasko, a morderczy podbieg na ulicy Podgrzybków zmienił się w zbieg), postanowiłem, że wystartuję. Nadarzała się niepowtarzalna szansa na to, żeby osiągnąć to co sobie w przeszłości założyłem. Chciałem wystartować także z innego powodu, OWM2013 bardzo mi się podobał i chciałem zobaczyć, czy organizatorzy wyciągną wnioski sprzed roku i poprawią niedociągnięcia.

Moje przygotowania odbywały się według tego samego planu, którego używałem przed moimi poprzednimi startami, z tą tylko różnicą, że niedzielne wybiegania zwiększyłem o około 10%. Niestety nie zadbałem wystarczająco mocno o swoje zdrowie i w sumie wypadły mi ponad 2 tygodnie treningów. Nie wpłynęło to dobrze na moją psychikę i potęgowało obawy, że nie dam rady. Być może mogłem skrócić moje „cierpienia” biorąc antybiotyk, jednak od wielu lat mam do nich awersję. Nie wspomagam mojego organizmu tabletkami itp. rzeczami, wspieram go tylko naturalnie i czekam, aż sam zwalczy chorobę. Jak zwykle biegałem sam, a mimo że zima niezbyt mocno obfitowała w opady śniegu. pogoda często dawała się we znaki. Zdarzało się, że wracałem wyczerpany, plując piaskiem wylatującym spod kół mijających mnie ciężarówek.

Po przyjeździe do Warszawy dzień wcześniej, moje obawy jeszcze bardziej wzrosły. Wchodząc na teren miasteczka biegaczy przy Stadionie Narodowym i odbierając pakiet startowy czułem, że mam stan podgorączkowy. Nie wróżyło to niczego dobrego. Spakowałem wszystko szybko i udałem się do domu, aby wypić coś ciepłego, zjeść węglowodanową kolację i położyć się do łóżka. Jeśli dobrze pamiętam, przed zaśnięciem wsparłem się jakimś lekiem przeciwgorączkowym i rutinoscorbinem, ponieważ nie mogłem pozwolić, aby choroba pokrzyżowała moje plany i zaprzepaściła 4-miesięczne przygotowania.

Na szczęście rano obudziłem się w dobrej formie, co rozwiało moje wszystkie wątpliwości. Mogłem skoncentrować się tylko na biegu. Jak zwykle czułem duże podekscytowanie, a stres, który mnie dopadał był tym z przedrostkiem eu (zadanie dla Was- poszukać czym jest eustres, a czym dystres). Ciężko było mi opanować emocje i podniecenie.

Pierwszym, pozytywnym zaskoczeniem była darmowa komunikacja w dzień maratonu (Identycznie jak podczas Maratonu Warszawskiego). Idąc na autobus zostałem zauważony przez jadących samochodem biegaczy, którzy zaproponowali mi transport. Nie odmówiłem, bo zawsze fajnie jest poznać nowych ludzi. Podczas podróży dowiedziałem się, że jeden z nich chce przebiec maratony na wszystkich kontynentach. Miał już kilka za sobą, jednak szczegółów nie pamiętam (serdecznie pozdrawiam jeśli kiedykolwiek tutaj traficie). Na miejscu spotkałem znajomego Marcina z Płocka, który szykował się na 2:55.

Mimo że luksusów miasteczka biegaczy doświadczyłem po biegu, chciałbym w tym miejscu poświęcić jemu parę słów. Było jeszcze lepiej niż w tamtym roku. Przebieralnie i depozyty bez kolejek, świetnie oznaczone. Do toalety nie stałem dłużej niż 2-3 minuty. Prysznice i umywalnie schowane pod namiotami, przestronne, pilnowane przez panów ochroniarzy, aby nikt nieproszony tam nie wszedł. Słyszałem nawet, że po biegu można było wejść na kadzi z lodem (jednak nie mam pojęcia czy to prawda). O masażu się nie wypowiadam, ponieważ nigdy z niego nie korzystam, wspomnę tylko, że była taka możliwość. Tym razem na mecie nie zabrakło jedzenia. Wszystkiego było dużo: owoce, napoje (zimne i ciepłe), batoniki. Mało tego, nie trzeba było po nie chodzić, bo wolontariusze sami przemieszczali się i wręczali różne rzeczy wyczerpanym maratończykom, dla których przejście kilkudziesięciu metrów było nie lada wyczynem Jedyne na co mogę ponarzekać, to brak posiłku wegetariańskiego. Była tylko kiełbaska z grilla (co i tak uważam za lepszy wybór niż zeszłoroczna sałatka warzywna), którą sobie odpuściłem.

Sama rozgrzewka i start przebiegły w miarę normalnie. W swojej strefie startowej miałem dużo miejsca, bardzo fajnie. Do samego startu trzeba było trochę podejść i byłem chwilowo zdezorientowany czy to już się zaczęło czy jeszcze nie. Pogodę miałem wymarzoną, do tego płaska trasa więc byłem pewny, że ten dzień będzie dla mnie udany. Rzeczywiście biegło mi się bardzo dobrze, w pewnym momencie chyba zbyt dobrze, ponieważ uznałem, że w moim zasięgu jest nawet 2:55. Na niektórych odcinkach trasy okazało się, że pogoda nie była taka idealna, dosyć mocny wiatr w twarz skutecznie spowalniał i wyczerpywał bezcenne zasoby energii. Połówkę przebiegłem bardzo lekko w założonym czasie. Czułem się rewelacyjnie. Trzymałem się 200-300 metrów za pacemakerem biegnącym na 3:00. Jednak 35 kilometr sprowadził mnie na ziemię. Wspomniana powyżej lekkość spowodowała, że pokora odpłynęła w dal, a głowa myślała już o biciu rekordów. Niestety kolejny raz wyszło moje, jeszcze małe biegowe doświadczenie. W końcu był to dopiero mój trzeci maraton. Na ostatnich 7 kilometrach zaczęły się dla mnie poważne „schody”. Zamiast przyspieszać musiałem przekonywać siebie do tego, aby się nie zatrzymać. Z całych sił starałem się utrzymywać narzucone tempo. Tłumaczyłem sobie, że zbyt ciężko trenowałem i jestem zbyt blisko, aby odpuścić…

Organizatorzy wyciągnęli wnioski i trasa była świetnie oznaczona, punkty odżywcze dobrze usytuowane i wyposażone. Piszę o tym z perspektywy biegacza, który utrzymywał się w szerokiej czołówce biegu.

… i nie odpuściłem. Końcówka była oczywiście mordęgą, ale przekonałem siebie w środku, że dam radę. Nie mam pojęcia gdzie leżą moje granice, ale często po biegu się zastanawiam, jak ja to zrobiłem. W każdym razie na własnej skórze doświadczyłem, że jeśli tylko chce się z całych sił, to można.

Za metą kręciło przez chwilę kręciło mi się w głowie i trudno było utrzymać równowagę. Jednak po minucie nastąpiła euforia i zmęczenie odpłynęło. 2:59:43 – oto cyfry, które bardzo mnie ucieszyły. Jak mówi klasyka: „Do trzech razy sztuka”. Dałem radę, pokonałem słabości, osiągnąłem cel. Jestem dumny, zadowolony, ale także niepewny co dalej zrobić z moim bieganiem ponieważ coraz bardziej zaczyna odbijać się na moim zdrowiu. Jednak nie czas i miejsce na te rozważania. Dzięki temu wpisowi powróciły wspomnienia i emocje. Jestem szczęśliwy, że wykonałem dobrą robotę.
Zbyt wielu imprez biegowych nie zaliczyłem, ale bardzo odpowiada mi atmosfera polskiego biegowego „bizancjum”. OWM2014 okazał się świetną imprezą. Jeśli nie przestanę biegać, na pewno wrócę tam w 2015.

Dodaj komentarz